W zgodzie z rytmem własnego serca

“Bardzo ważne miejsce zajmuje u mnie postać człowieka, w literaturze, teatrze, historii, w legendach. Zwykle
przedstawiam go w scenerii baśniowej, na pograniczu światów rzeczywistego i fantastycznego.”- czytamy na stronie
internetowej Natalii Krzyżanowskiej. Artystka realizuje program swoich autorskich warsztatów kultury polskiej
dla dzieci w Wielkiej Brytanii. O tym, jak zrodziła się w niej artystyczna dusza i ile wiedzą tutejsze dzieci
o Polsce opowiedziała Kobiecie w UK.

Jak się zaczęła Pani przygoda ze sztuką?

W sumie przygoda ze sztuką była obecna w moim życiu od zawsze,
zawsze malowałam, rysowałam, ale nigdy nie uważałam, że to jak maluję jest na tyle dobre, by zdawać na Akademię
Sztuk Pięknych, miałam inne plany na swoje życie. Ukończyłam Poliologię na Uniwersytecie Gdańskim, ze specjalizacją
Przemiany Cywilizacyjne. W czasie studiów w Gdańsku, równocześnie studiowałam przez dwa lata psychologię w Szkole
Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie w trybie zaocznym. Chciałam być psychologiem polityki, tak mi się
wtedy wydawało…

Musiało być Pani bardzo ciężko?

Do Warszawy jeździłam trzy razy w miesiącu, co powodowało, że ciągle byłam w biegu. Dużą część życia
spędziłam wtedy w pociągach. Taki tryb studiów był kosztowny, dlatego aby poradzić sobie finansowo wyjechałam
do Stanów Zjednoczonych, gdzie pracowałam w Atlantic City w kasynie Ceasar’s, byłam kelnerką. To, co zarobiłam
mogło wystarczyć na kilka lat studiów.

Kiedy zwróciła się Pani ostatecznie w kierunku sztuki?

W Ameryce codziennie przed pracą, żeby się odstresować, rysowałam wszystko, co przyszło mi do głowy:
postacie baśniowe, ludzi na ulicy widzianych z okna i wiele innych rzeczy. Miałam do tego komfortowe warunki.
Mieszkałam w pięknym domu, w eleganckiej dzielnicy. Wynajmowałam pokój, miałam łóżko z baldachimem, gruby różowy
dywan, w którym się zatapiałam i kota, który zaglądał każdego dnia do mojego pokoju. Taki był początek mojego
rysowania, a kiedy po pół roku wróciłam do Polski, coś się we mnie zmieniło. Nie mogłam przestać rysować i malować.
To był dla mnie dramat. Ale musiałabym być niepoważną osobą, żeby się temu od razu poddać, więc dalej studiowałam.
Walczyłam ze sobą i wmawiałam sobie, że tak mi się tylko wydaje, że wcale nie potrzebuję tego malowania. Ale
po roku wygrało serce, spakowałam walizki i wróciłam do Gdyni.

Musiała Pani ułożyć sobie życie od nowa?

Tak. Zaczęłam wtedy lekcje u doświadczonego, choć podeszłego już wiekiem malarza artysty Rajmunda Gajzlera,
którego poznałam jak byłam mała. Swego czasu był również ilustatorem książek. Pan Gajzler odkąd pamiętam mieszkał
w sąsiednim bloku. Kiedy miałam 6 lat zapisałam się do klubu osiedlowego, gdzie organizowano konkurs plastyczny.
Polegał on na malowaniu kredą na chodniku. Wzięłam udział w tym konkursie i przyszedł taki pan, popatrzył na
to, co ja maluję (kulę ziemską, otoczoną flagami), popatrzyłam na niego do góry, a on uśmiechnął się. I wygrałam
ten konkurs. Dostałam pudełko kredek. Tak się poznaliśmy. Po powrocie do Gdyni umówiłam się z Gajzlerem, że on
będzie mnie uczył. Oczywiście nie było mnie stać na lekcje u artysty tej klasy, posiedzenie kosztuje nawet kilkaset
złotych, dlatego umówiliśmy się, że on będzie moim Mistrzem, a ja jego uczniem. Miałam mu się całkowicie podporządkować
w nauce malowania i rysowania w zamian za nieodpłatne lekcje. Podjęłam wtedy pracę sekretarki na pół etatu i
telefonistki, żeby móc uczyć się u Mistrza. Schowałam dumę do kieszeni, zrezygnowałam ze wszystkiego, żeby móc
malować. Nauka trwała cztery lata, przerwała ją choroba i śmierć Pana Gajzlera.

Jak wyglądały lekcje?

Na początku mozolnie. Pan Gajzler lekcje zaczął od tego, że kazał mi jak w filmie Karate Kid robić równe
poziome i pionowe kreski jedną reką tak długo, aż wychodziły mi proste bez linijki, robiłam koła dopóki nie nauczyłam
się robić okręgu bez cyrkla. Mistrz uczył mnie grafiki, malarstwa, ale uczył mnie nie tylko sztuki, lecz także
podejścia. Kiedy ja rysowałam, on siadał koło mnie i zaczynał mi opowiadać o Etruskach, o Inkach, o symbolach,
kulturze i sztuce Babilonu, Persji, Indii… mówił, mówił, mówił. To nie były tylko lekcje malarstwa, to były
lekcje historii, etyki, sztuki, nauczył mnie szacunku dla dzieł innych artystów. Pan Gajzler był artystą wszechstronnym,
który mówił w dwunastu językach, był wszechstronnie wykształcony przez artystów, ktorzy przeżyli wojnę. I tak
starał się wykształcić mnie. Namawiał mnie, żebym jednak poszła na ASP i mówił, że mam wielki talent, a ja byłam
głupia, że go nie słuchałam. Uważałam, że było za późno na kolejne studia.

Dlaczego go Pani nie posłuchała?

Do dzisiaj uważam, że ja wtedy nie potrafiłam malować. Są artyści, którzy od razu się rozwijają, ale
są tacy, którzy rozwijają się później i u mnie własnie tak było. Może mój talent rozwinął się wtedy, kiedy nadszedł
na to czas. Może w moich genach zapisany był rozwój pewnej funkcji dopiero w odpowiednim wieku, a może impulsem
do rozwoju tej mojej części było to, że zaczęłam ćwiczyć. To nie my o tym decydujemy. Skąd wzięło się Pani zainteresowanie
baśniami, legendami i bajkami? Czy zapoczątkował to Pani Mistrz? To jest bardzo złożona sprawa, z pewnością opowieści
Pana Gajzlera także się do tego przyłożyły, ale moje zainteresowanie baśniowymi postaciami zaczęło się dużo wczesniej.
Jako dziecko bardzo się jąkałam. Uczyłam się mowić przez sześć lat aż do 11 roku życia. Moja mama wykonała nadludzką
pracę, by mi pomóc. Rodzice próbowali mnie uczyć poprawnie mowić czytając mi baśnie. Poza tym codziennie słuchałam
z mamą radiowych bajek i słuchając wyobrażałam sobie to, co słyszałam, tworzyłam obrazy w swojej głowie. I chyba
to mnie ukształtowało, to był początek. Jako dziecko wyobrażałam sobie obrazy oparte na opowieściach, bajkach
i baśniach, a teraz je rysuję w książkach, czy to nie jest to samo?

Jak więc stało się, że dziś uczy Pani dzieci polskiej kultury?

Wspaniały aktor Wojciech Siemion zaproponował mi kiedyś przeprowadzenie wernisażu moich ilustracji u
niego w muzeum, w dworze w Petrykozach. Miała to być wystawa nie tylko dla dorosłych, ale także dla dzieci. Pan
Siemian zaprosił wtedy świetnych muzyków, m.in. Marię Pomianowską – światowej sławy insrumentalistkę, wokalistkę
i kompozytorkę muzyki Azji. Do tej muzyki miałam wykonać kilka układów tańca hinduskiego, opowiedzieć o historii
i kulturze Indii, o baśniach, o moich ilustracjach. Jednocześnie ze szkockiej wyspy Arran otrzymałam propozycję
opracowania warsztatów na temat Polski. Zgłosiłam się, a mój projekt został przyjęty. Projekt trafił do Konsulatu
Generalnego w Edynburgu. I tak się zaczęło.

Jak zaplanowała Pani te warsztaty?

Chciałam stworzyć warsztaty na temat kultury ludowej, tak jak do tej pory robiłam z kulturą na przykład
Indii. Poza tym miałam w pamięci taki obraz przedstawiający japońską gejszę z telefonem komórkowym w ręce i pomyślałam
sobie, że mogłabym wykorzystać to połączenie nowoczesności z tradycją i kulturą w moich warsztatach o Polsce.
Do tych zajęć Pan Siemion wypożyczył kostiumy łowickie ze swojej kolekcji, Urząd Miasta Krakowa użyczył kostiumów
krakowskich, a zespół Krebane wypozyczył mi kostiumy kaszubskie. Teraz kiedy program jest już na Wyspach po raz
drugi, stroje są moje, szyte na moją miarę na zakostiumn mówienie. Poza kostiumem kaszubskim damskim – który
jest darem od Kaszubskiego Regionalnego Chóru Morzanie. Kostiumy krakowskie to wierne repliki strojów z końca
XIX wieku. W tym roku mam też szopkę krakowską, która została wykonana przez Tadeusza Gillerta, najstarszego
szopkarza w Polsce.

Jakie jest założenie tych warsztatów?

Założenie jest bardzo proste, chodzi o przekazywanie wiedzy o Polsce wśród dzieci obcych narodowości,
a także dzieci Polonii w szkołach podstawowych, High School i College. Formuła tych warsztatów jest oparta na
wielu elementach, zaczynając od interaktywnej mapy i położenia Polski w Europie, poprzez historię, Polskę dzisiaj,
a strój jest tylko oprawą do tego wszystkiego. Całość uzupełniają wykonane przeze mnie ilustracje polskich legend.
W warsztatach przygotowanych dla dzieci zwykle używa się tylko jednego lub dwóch elementów, a mój program przewiduje
ich o wiele więcej. Na początku uważano, że tyle elementów absolutnie nie wypali.

O co pytają miejscowe dzieci?

Warsztaty do tej pory odbywały się w Szkocji i Irlandii Północnej. Szkockie dzieci mają trochę pojęcia
o świecie i bardzo entuzjastycznie podchodzą do moich zajęć, irlandzkie dzieci potrzebują trochę czasu, żeby
zrozumieć o czym mówię i kiedy wreszcie im się buzie pozamykają, zaczynają zadawać pytania. Szkockie dzieci nie
są takie zdziwione, kiedy okazuje się, że Polska jest rozwiniętym krajem. Bardzo podoba im się Krakowskie Przedmieście,
Łazienki i Pałac na Wodzie w Warszawie, Parada Smoków Wawelskich na Wiśle w Krakowie, kiedy pokazuję im slajdy
ze zdjęciami z kraju. Kiedy u starszych dzieci opowiadam o wojnie, gdy Warszawa została zniszczona, to staje
się tematem numer jeden. Są zszokowane tym, że Warszawa została odbudowana od podstaw. To bardzo pozytywnie oddziałuje
na ich wyobrażenie o Polakach. Pytają też o pogodę w Polsce, o naukę w szkole, dziwią się, że lekcje zaczynają
się czasem nawet o 7:30 rano i współczują polskim dzieciom. Szkockie dzieci próbowały nawet chwalić się, że one
też coś o Polsce wiedzą, bo mają polskich kolegów w klasie, potrafią liczyć do pięciu.

Kto jeszcze włączony jest realizację tego projektu?

Program w 2010 roku finansowany był ze środków jest Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Zajął pierwsze
miejsce w konkursie “Promocja wiedzy o Polsce 2010” organizowanym właśnie przez Ministerstwo. Od strony technicznej
za część prezentacji i filmy odpowiedzialny jest Krystian Pisowicz, współpracujący z Muzeum Etnograficznym im.
Seweryna Udzieli w Krakowie. To muzeum ufundowało wspaniałe albumy o strojach krakowskich, które rozdaję szkołom.
MSZ sponsoruje kaszubskie rzeźby i łowickie wycinanki. Urząd Miasta Gdyni udostępnił zdjęcia i materiał filmowy
o Gdyni. Urząd Miasta Warszawy udostępnił mi także materiał zdjęciowy i filmy. W pomoc przy realizacji projektu
zaangażowane było także Muzeum Etnograficzne w Łowiczu. Przy programie na terenie Polski pomagała mi też prezydentka
i założycielka Międzynarodowej Organizacji Soroptymist International w Polsce i w Europie środkowo-wschodniej
pani Danuta Piontek i obecna prezydentka pani Marzena Siepracka z Krakowa. Bardzo pomogła mi także Aleksandra
Stańczak, dyrektor Extendend Polish Saturday School w Portadown, Lurgan.

Jakie są Pani plany na przyszłość?

Mam pracę, którą sama sobie wymyśliłam, więc nie mogę narzekać. W planach mam tylko zmienić nieco ich
formułę czasową. Chciałabym spędzać półtora miesiąca w jednym miejscu, gdzie prowadzę warsztaty, potem miesiąc
w Polsce, ponieważ doskwiera mi tęsknota za domem. Poza tym potrzebuję już pewnej stabilizacji.

Co poradziłaby Pani innym Polkom?

Moja rada dla wszystkich Polek: Nigdy nie wątpić, bo człowiek przegrywa, gdy zaczyna wątpić. I trzeba
bardzo wierzyć w siebie. Moje życie zaczęło się z chwilą, gdy mocno uwierzyłam, że można. A także: Podążać za
tym, co mówi serce, działać zgodnie z jego rytmem.

Żródło:
http://kobietawuk.info.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=460:w-zgodzie-z-rytmem-wasnego-serca&catid=10:czytelnia&Itemid=8